Opowiadanie już starszawe i niektórym znane:
Jadłam chmury tej nocy, kiedy w dalekim Pekinie ludzie szli na czołgi z butelkami benzyny. Taką mamy cywilizację. Jadłam chmury i oblizywałam palce. Potem patrzyliśmy na obrazki w gazetach, którymi okryliśmy nasze głowy. Na jego czole czytałam o zaginionych dzieciach, a on całował zdjęcie Julii R. na mojej potylicy. Kradliśmy czas jaki został nam dany na sen. Dopijając szampana patrzyłam na jego twarz, ciągle jeszcze obcą. Jak nowe ubranie cieszył zapachem świeżości. Mówił mi wtedy, że tak jak żyjemy żyć trzeba. W radio smutny DJ podsłuchiwał nas i z przymkniętymi oczyma układał nam soundtrack.
Za oknem padało coraz mocniej. Patrzyliśmy jak ulice zalewa woda, brudna nim jeszcze dotknęła chodnika. Parzył kawę żując kawałki bułki a ja patrzyłam na jego stopy bose na kamiennej podłodze i myślałam że tak właśnie muszą wyglądać stopy Kubanek na ulicach Hawany, gdzie na pewno nie padał teraz deszcz. Gdzie ludzie pewnie tańczyli teraz na ulicach, gdzie my moglibyśmy teraz tańczyć i trafiał mnie szlag. Trafiał mnie smutek właściwie. Powiedziałam mu o tym, że smutno i że Hawana. A on pocieszał mnie, że przecież oni mają za to Fidela. Piliśmy kawę i żuliśmy ostatnią już bułkę, bo w taką pogodę nikt nie chciał iść do sklepu. Woleliśmy żuć bułki sprzed kilku dni. Z kawą smakowały dobrze.
Deszcz padał całą noc i kiedy kochaliśmy się, nie mogąc usnąć po hektolitrach kawy wypitej w dzień, słyszeliśmy ciągłe stukanie kropel. Zasypialiśmy i budziliśmy się co chwilę. Czasem dotykałam jego ramienia. Czasem on całował mnie w czoło. Kuliliśmy się w sobie. Zawiązywaliśmy świat w prześcieradło i huśtaliśmy go tak długo, aż się zaśmiał. Poplątani patrzyliśmy na świt i na siebie próbując rozwikłać zagadkę naszych zmęczonych oddechów. Bardzo chciałam nie spać nigdy.
Świtało godzinami. Ranek nie nadchodził, nie wstawaliśmy więc wcale. Pościel pachniała jutrem. Próbowaliśmy oglądać Wielkie Filmy, w których ludzie chodzili po ciasnych uliczkach i gubili się w sobie. Szeptał mi na ucho, że napiszemy im przewodnik. Jego usta smakowały kawą i alkoholem. Bałam się, że i my się pogubimy, że teraz świat rozhuśta nas i wcale nam nie będzie do śmiechu, ale nie mówiłam nic patrząc jak brudny, szary deszcz spływa po szybach. On też milkł i odgarniał z czoła włosy, tak jak odgania się złe myśli. Ze zmarszczonymi brwiami patrzyliśmy na puste półki lodówki.
Błyskało kiedy gramoliliśmy się do wanny, zmęczeni szukaniem nas w tekstach piosenek, dziwnie pasujących do naszego uścisku. Świece miały zadośćuczynić romantycznej wizji uczuć, więc zapalaliśmy je, bo od dzieciństwa jedliśmy cudze marzenia, choć pięknie było i bez tego. Na jego twarzy naliczyłam miliony zmarszczek po dawnych strachach, ginęły kiedy pijaną ręką myłam jego czoło, tłumacząc sobie, że nie ma się czego bać. Dotykał moich stóp i piersi kiedy wiatr trzaskał oknami i przewracał kartki nie przeczytanych książek. Ktoś na równiku umierał z głodu, mądrzy ludzie odkrywali galaktyki i neurony, zaradni wybierali buty na zimę a my nadal plątaliśmy się w sobie jak dzieci.
Dzień był potworny a my niewyspani potykaliśmy się idąc do sklepu, w którym pani sprzedawczyni poprosiła go o pomoc patrząc na jego pośladki. Odkręcaliśmy butelkę mówiąc w języku biznesu, który okazywał się świetnie służyć wyrażaniu uczuć. Wtulałam się w jego ramię pachnące już znajomo. Przeglądaliśmy się w afiszach teatralnych. I w każdym było coś o nas. Krzywy uśmiech, wielka miłość, albo tylko sweter w takie same paski. Przeglądaliśmy się w afiszach teatralnych a świat złamywał nad nami ręce. Nie umieliśmy żyć inaczej. Nie szukaliśmy celu. Szliśmy ulicami miasta, które wcale nie chciało nas oglądać. Popieprzeńcy, myśleli o nas ludzie. A my chcieliśmy być z afiszy. Tacy niezmienni. I wiecznie tragicznie dumni. Szliśmy trzymając się za ręce, a ludzie uśmiechali się do nas, jak zwykle ludzie uśmiechają się na widok miłości. Ludzie warczeli, ludzie wyli, ludzie ujadali dziko, kiedy kupowaliśmy bułki i kiedy patrzyliśmy na kaczki w parku. A my złościliśmy się tylko trochę i nigdy na siebie.
W dalekim Pekinie cichła wojna, a w Warszawie znów padał deszcz. Zagryzał wódkę mandarynkami a ja wymyślałam hasła do zgadywania. Zielonym długopisem malował mi tatuaże, które odbijały się potem na jego wilgotnym ciele rozciągniętym na drapiącym kocu. W telewizji pani krzyczała na pana i nie rozumieli nic, kiedy spoglądali z ekranu na nas, wpatrzonych w nasze zaciśnięte na sobie dłonie. Powiedziałam mu, że będę zawsze, że jak na zdjęciach nic się nigdy nie zmieni i będę tak obejmować jego udo do końca świata. On uśmiechnął się mądrze i czule, uśmiechem z jakim patrzy matka, gdy ktoś śmieje się z wybryków jej niesfornego dziecka. Zawijałam się w niego jak w kokon, w którym karmił mnie troską i serem. Strzepywałam z jego skroni strach o przyszłość, która chyba była już teraz. Zawijałam jego dłonie w swoje włosy i dotykałam jego pachwin smakujących truskawkową czekoladą, po dwa złote, którą pani sprzedawczyni podawała bez uśmiechu. Kochaliśmy się jak zwierzęta, na które ktoś czyha, jakby za chwilę ktoś miał strzelać do nas, leżących bezbronnie i nago. I jak zwierzęta kryliśmy się pod własnym pragnieniem.
Deszcz ustał na dobre. Przestałam się bać, uspokojona jego dłońmi na swoim karku. Złożyłam parawan między naszymi domami i ustawiłam go w kącie. Oglądaliśmy nasze zdjęcia, rozmazane jakby bały się oddać nas. Zdjęcia, na których byliśmy podwójni, jakby każde chciało być w dwóch osobach. Chciałam mieć go pełne oczy. Szliśmy na spotkanie z ludźmi, a ja ciągle spotykałam w nich jego. Chyba patrzył na mnie z radością, na którą chciałam zasłużyć.
Słońce świeciło na brudną Warszawą, w której zapach psiej kupy mieszał się z zapachem młodych liści. Łapałam się za głowę myśląc jak pięknie urządził się świat a on przytulał mnie jakby bał się, że to migrena. Czytaliśmy menu, albo rozkład jazdy i ciągle słyszałam w naszych głosach melodię. Śpiewałam mu więc fałszując najdawniej poznane piosenki, które nie miały sensu i nie nadawały się na przeboje a on śmiał się przewracając mnie na łóżko. Pięknie oddychał przy moim uchu, kiedy usypiałam spokojnie, wiedząc, że będę śnić o nim. Śniłam, że nie śpię i chciałam się obudzić. Rano opowiadał mi jak zgrzytam zębami przez sen i wiedziałam, że to na pewno przez to walkę. Nie mówiłam nic kuląc się przed dniem.
Kiedy szliśmy nocą ulicami opowiadał mi o pięknie i o bólu. Patrzyłam na nasze stopy równo człapiące po chodniku i wiedziałam, że żadna armia świata nie ma tak doskonale maszerujących żołnierzy, że musimy w końcu dorosnąć i śmiałam się uradowana, że dorastać będziemy tak jak idziemy, razem. Policjanci bacznie patrzyli na nasze miny kiedy mijaliśmy ambasady strzeżone pilniej niż straszne parki pełne zła. Kiedy mijaliśmy ambasady państw gdzie ludzie płakali z głodu patrzyły na nas lśniące buty i groźne karabiny. Tak bardzo przyciskałam wtedy głowę do jego ramienia, że czułam jak w skroniach zaczyna się ból. Śmiał się i podnosił mnie wysoko tak, że znów jadłam chmury.
W dalekim Pekinie ludzie chowali swoich zmarłych i płakali tak bardzo, że drżały małe domki w których mieszkali. W moim domu łzy znikły ze wszystkich słowników. Parzyłam kawę, czekając na niego, nawlekając na sznurek kolejne minuty, kiedy go nie było. Stałam w oknie wypatrując go wśród ludzi na chodniku, z których każdy mógł urodzić się kimś innym. Kiedy przychodził oddychałam nim głęboko i wystawiałam za okno kartkę „nie przeszkadzać”. Zapadałam się w jego słowa, zawąchiwałam się w jego włosach i gładziłam zmęczone ulicą uszy. Rozwinięte już liście zakrywały nas przed światem i oczami ptaków uparcie krążących nad blokiem. Przez otwarte okno małym strumyczkiem do środka sączyła się przedwojenna Warszawa pełna kawiarni i bryczek.
W dalekim Pekinie oschły już łzy najwytrwalszych żałobników, a w Warszawie nawet żebracy uśmiechali się do słońca, kiedy w porwanych spodniach i skarpetkach nie do pary mówił mi, że odchodzi.