Aromat Identyczny Z Naturalnym

nasze teksty różne

sobota, luty 10, 2007

od końca

Bo to nie jest tak, że jej nie lubię, nie znoszę. Ja ją nawet po swojemu kocham, a to trudne, dla mnie trudne, być może nie umiem. Stoję teraz trochę obok wszystkiego i myślę bez emocji, że bo dlaczego ona tak mnie denerwuje. Ale też: dlaczego mam różowe paznokcie. Dlaczego znów jest niedziela. Taki kaliber.
Przynajmniej trochę bardziej czuję teraz, że wracam, bo to już koniec lata i nigdy takiego nie będzie. Lato zawsze mi się tak kończy, takim intensywnym zaczadzeniem emocji, emocjami?, takim dziwnym zobojętnieniem, gdzie jednocześnie pęka mi wszystko, płaczę przy co drugiej wypowiedzi bez względu na temat i za każdym razem czuję się gorzej, to nie jest ten dobry płacz. Ale potem – zresztą nie wiem.
Matka woła na obiad, co jest żenujące, czy całe życie będzie mnie tak wołać, jakbyśmy obiadów potrzebowały najbardziej. Zeskakuję z leżaka i beztrosko sobie uciekam, ulica, ulica, park, rynek. Chłopcy jeżdżą na deskorolkach, widzę Piotrka, więc siadam na murku i macham sobie nogami w rytm muzyki ze słuchawek, beztrosko sobie na pozór macham, ale w środku znowu mi wszystko zaczyna pękać. Myślę o obozie w zeszłym roku i jak jedliśmy czereśnie i graliśmy w siatkę, to trochę pomaga. Potem podchodzi Piotrek, opiera mi ręce na udach i zamieniam się w stosik nierównych kawałków.
Nie słyszę, co do mnie mówi, więc nie będzie dialogów. Próbuję zgadywać słowa, pewnie mówi: co tam, młoda, czy wychodzę wieczorem albo czy przejadę się z nim samochodem, by na tylnym siedzeniu uprawiać nielegalną w moim wieku miłość. Nienienie, bo teraz jest najlepsza piosenka. Układam się na murku i patrzę prosto w słońce, co podobno szkodzi, ale cóż nie szkodzi. Nic nie szkodzi.
W końcu zdejmuje mi te słuchawki i teraz słyszę, upaliłaś się, co? Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówisz. Och. Nowość, najdroższy. Ale skoro tak, to wznieśmy się wspólnie na wyżyny świadomości, chodź tam za bloki. Idziemy za bloki. Wracamy zza bloków. Wydaje mi się, że chodzimy tam kilka razy, ale być może cały czas leżę na murku i słucham tej samej piosenki. Potem myślę, że jak nie obiad, to może kolacja, może pogadam z matką i razem jakiś film obejrzymy. No ale nie ma jej w domu. Piotrek dzwoni, że gdzie się podziałam, nagrywa mi się z tym na pocztę, odsłuchuję sobie trzy razy, bo jakoś dziwnie słyszę, ale to nie pomaga, wciąż nie wiem, gdzie się podziałam. Na balkonie wisi pranie i u sąsiadki naprzeciwko też wisi pranie, bawię się w porównaj obrazki, wychodzi mi, że matka ma fatalne ubrania, a sąsiadka nie lubi czarnego i niebieskiego, ale nie stroni od satyny. Satyna jest rzecz jasna dla męża, który jednakowoż chyba jej nie nosi. Taki układ.
Ogrzewam obiad i myślę, czy wyjść. To nie jest doprawdy mój najpoważniejszy problem, mam jeszcze wiele kilkunastosylabowych pytań, wyjdę czy nie, te pytania tam będą. To ważne, mieć coś constans. Tego się trzymam, gdy brakuje mi oddechu na myśl o odpowiedziach.
Matka wraca, gdy sznuruję już trampki i tylko pyta, jadłaś? wychodzisz? wiesz, że jutro już do szkoły? i mówi, że nie siedź za długo, chociaż to nie ma znaczenia. Odprowadza mnie do drzwi, idę cały czas tyłem, za bramką czeka już Piotrek i ten cholerny samochód z tym jego cholernym tylnym siedzeniem, ja idę wciąż tyłem i patrzę na matkę, wydaje mi się, że odkręcam powoli czas i za chwilę będę mogła wejść z powrotem w wakacje, od ostatniego dnia sierpnia do rozdania świadectw, będę musiała zacząć iść przodem i wreszcie spotkam się z matką, ale Piotrek kładzie mi rękę na ramieniu i właśnie wtedy kończą się wakacje.

środa, luty 07, 2007

List

Od tygodnia padał deszcz. Zmył cały brud, zmył chodniki i makijaże. Zmył plamy benzyny i kurz z okien. Nie wiadomo dlaczego nie przynosił ulgi. Miarowo dudnił o dachy, a szum wody nie pozwalał spać.

M. pisał list. Kolejny raz spisywał te sto słów, które chciał powiedzieć, a które nie chciały się napisać. Patrzył przez okno i myślał o jej kręconych włosach. O jej bladych policzkach i niepokojącym kaszlu. I wiedział doskonale, że żeby napisać ten list potrzebowałby nowego języka.

Wiedział, że słowa, które zna nie będą miękkie jak jej uśmiech i nie będzie w nich jej zapachu, ani tego jak przechodzą go dreszcze, kiedy ona się budzi. Ale nie poddawał się. Pisał kolejne wersje, chociaż słowa go zdradzały. Układały się w ciągi zupełnie bez związku z nim. Ckliwe, puste, obce. Kiedy je czytał, brzmiały jakby napisał je ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto nie zna jej ud i jego oddania. Ktoś, kto nie wie, jak ona się śmieje.

Postanowił wypisać wszystko w punktach. Zapisał stronę i siedem linijek. Teraz czytał ich życie. Wakacje w Fiacie, ciastka porzeczkowe, jej za małe buty, jego połamane okulary i święta, kiedy wyjechała. Dopisał jeszcze zdjęcie z jej paszportu, na którym uśmiecha się smutno. Postawił kropkę i zamknął zeszyt.

Zdjął ze ściany robione przez nią zdjęcia. Położył wszystkie na podłodze i wpatrywał się w nie. Jakby mogły mu wytłumaczyć, co się stało. Kamienica na starówce, dzieci w fontannie, bezdomny śpiący na schodach kościoła i on przy komputerze. Wszystkie opowiadały historie. Ale żadne nie pomagało zrozumieć.

Zastanawiał się, co teraz mogła robić. Pewnie była na plaży i śmiała się głośno z siatkarzy. Albo jadła gdzieś lody pistacjowe, piła wódkę, robiła zdjęcia, których on nie zobaczy. Może była smutna i on wiedziałby jak ją pocieszać. A może zgubiła się, jak zwykle, w wąskich uliczkach i teraz pytała kogoś o drogę. Mówiła po polsku albo angielsku, słuchała muzyki, lub jechała tramwajem. Mogła być gdziekolwiek.

Siadł przy ich biurku i otworzył zeszyt. Jeszcze raz przeczytał listę i wyjął białą kartkę. Dalej nie wiedział, czy uda mu się napisać to co chciał, ale postanowił że pisze ostatni raz. Wziął jej długopis i zapisał datę. A potem bez zastanowienia pisał do końca strony. Słowa spływały szybko i nie zastanawiał się jak brzmią i czy są tym, czym być powinny.

Zakleił kopertę i podpisał jej nazwiskiem. Jeszcze raz spojrzał na zdjęcia i wyszedł na ulicę. Chodniki pełne były kałuż, w których odbijały się jego ręce. Ze wszystkich stron atakowały go parasole. Szedł paląc mokrego papierosa i nie myślał o niczym. Stanął na Świętokrzyskiej, mokrej i pachnącej kawą. Podniósł głowę i patrzył na list, który trzymał w dłoni. Obracał kopertę zastanawiając się, czy ona kiedykolwiek przeczyta jej zawartość.

Zanim wszedł na pocztę, potknął się o próg i upuścił list. Podniosła go staruszka w fioletowym berecie i przez chwilę myślał, że go przytuli. Uśmiechnęła się tylko. A on poszedł po znaczki. Pani w okienku, nie patrząc na niego, zapytała „Dokąd?”.

Kiedy wyszedł, ulicą jechała karetka. Zapiął płaszcz i poszedł wyrzucić jej rzeczy.

Pijąc ostatnie przywiezione przez nią wino, zastanawiał się, co włoży na pogrzeb.

poniedziałek, październik 23, 2006

* * *


Było już ciemno. Czerwcowy wieczór był jednak ciągle gorący. Nagrzana ziemia parowała. Ludzie zniknęli z ulic, chowając się przed gorącem i zapachem kotów, których w tej części miasta przypadało 5 na jednego mieszkańca. Na ulicy nie było nikogo, oprócz mnie. A może tylko nikogo nie widziałam. W każdym razie, wydawało się, że należy tylko do mnie. Szłam powoli oddychając głęboko. Samochody jeździły ospale. Wydawało się, że kierowcy chcą jak najdłużej nie wracać do domów. Dawno nie byłam tak spokojna.

Patrzyłam na chodnik ułożony ze starych, popękanych płyt z napisem CZP. Liczyłam je, myśląc co może oznaczać ten skrót. Ale nic nie przychodziło mi do głowy. Oglądałam ten napis od zawsze. I nigdy nie dowiedziałam się co oznacza. Nie miało to żadnego znaczenia, ale w ten wieczór zastanawianie się nad nim było jedynym zajęciem, jakie przychodziło mi do głowy.

Doszłam do przejścia, nie wymyśliwszy żadnego rozsądnego rozwinięcia. Przy samym krawężniku stał mały chłopiec. Mógł mieć 6 może 7 lat. Ubrany w brudne zielone spodenki na szelkach wyglądał jak Pinokio na obrazku w mojej pierwszej książce z dzieciństwa. Rękawy koszulki z kołnierzykiem kończyły się nad podrapanymi łokciami. Stał przy krawężniku i spoglądał na jadące auta. Kiedy podeszłam podniósł na mnie swoje duże czarne oczy. Miał ładną, okrągłą buzię i ślady podrapania na nosie. Zastanawiałam się co robi sam w nocy. W dodatku byliśmy niemal poza miastem. W tym rejonie nie stało dużo domów. A już na pewno nie było w nich dużo dzieci.

-Chcesz przejść?- zapytałam cicho. Pokiwał głową.

- Ale one ciągle jadą.

- Przejdź ze mną. Nic nam się nie stanie.- odpowiedziałam patrząc na jego zmierzwione włosy nad opaloną buzią. Nie znałam go. Może nie był z okolicy, ale w takim razie, co mógł tu robić.

- Dobrze.- uśmiechnął się i ufnie podał mi rękę. Jego lepka łapka zniknęła w mojej dłoni. Nie odzywaliśmy się, a ja czekałam na moment odpowiedni, by przejść z dzieckiem. Pomyślałam, że muszę pamiętać, że pewnie, będzie szedł wolniej. W końcu wszystkie auta zniknęły. Popatrzył na mnie pytająco. Skinęłam głową i weszliśmy na jezdnię. Szedł szybciej niż przypuszczałam. Może dzieci nie chodzą jednak wcale tak wolno. Dotarliśmy do drugiej strony ulicy i chłopiec puścił moja rękę. Zapytałam gdzie jego mama.

- Ja nie mam mamy.- odpowiedział spokojnie. Jego gładka buzia nie zmieniła wyrazu.

- A tata?

- Taty też nie mam. – znów brak żalu, czy strachu.

- Ale gdzie mieszkasz? Musisz mieć przecież jakiś dom.- Zaczynałam się o niego martwić. Pokręcił tylko głową.

- To gdzie śpisz?

- Nigdzie.- Zrobiło mi się strasznie smutno.

- Ale skądś przyszedłeś. Skąd się tu wziąłeś?- pytanie nie było oskarżycielskie. Zdziwiłam się, że mój głos może brzmieć tak ciepło. Wyciągnął do mnie ramiona, podniosłam go i powtórzyłam

- Skąd się wziąłeś?- Uśmiechnął się i odgarnął włosy z czoła. Przytulił się do mojego ramienia i niemal niesłyszalnym szeptem powiedział mi do ucha

- Ze smutku twoich przyjaciół.

poniedziałek, wrzesień 18, 2006

Pekin-Warszawa

Opowiadanie już starszawe i niektórym znane:

Jadłam chmury tej nocy, kiedy w dalekim Pekinie ludzie szli na czołgi z butelkami benzyny. Taką mamy cywilizację. Jadłam chmury i oblizywałam palce. Potem patrzyliśmy na obrazki w gazetach, którymi okryliśmy nasze głowy. Na jego czole czytałam o zaginionych dzieciach, a on całował zdjęcie Julii R. na mojej potylicy. Kradliśmy czas jaki został nam dany na sen. Dopijając szampana patrzyłam na jego twarz, ciągle jeszcze obcą. Jak nowe ubranie cieszył zapachem świeżości. Mówił mi wtedy, że tak jak żyjemy żyć trzeba. W radio smutny DJ podsłuchiwał nas i z przymkniętymi oczyma układał nam soundtrack.

Za oknem padało coraz mocniej. Patrzyliśmy jak ulice zalewa woda, brudna nim jeszcze dotknęła chodnika. Parzył kawę żując kawałki bułki a ja patrzyłam na jego stopy bose na kamiennej podłodze i myślałam że tak właśnie muszą wyglądać stopy Kubanek na ulicach Hawany, gdzie na pewno nie padał teraz deszcz. Gdzie ludzie pewnie tańczyli teraz na ulicach, gdzie my moglibyśmy teraz tańczyć i trafiał mnie szlag. Trafiał mnie smutek właściwie. Powiedziałam mu o tym, że smutno i że Hawana. A on pocieszał mnie, że przecież oni mają za to Fidela. Piliśmy kawę i żuliśmy ostatnią już bułkę, bo w taką pogodę nikt nie chciał iść do sklepu. Woleliśmy żuć bułki sprzed kilku dni. Z kawą smakowały dobrze.

Deszcz padał całą noc i kiedy kochaliśmy się, nie mogąc usnąć po hektolitrach kawy wypitej w dzień, słyszeliśmy ciągłe stukanie kropel. Zasypialiśmy i budziliśmy się co chwilę. Czasem dotykałam jego ramienia. Czasem on całował mnie w czoło. Kuliliśmy się w sobie. Zawiązywaliśmy świat w prześcieradło i huśtaliśmy go tak długo, aż się zaśmiał. Poplątani patrzyliśmy na świt i na siebie próbując rozwikłać zagadkę naszych zmęczonych oddechów. Bardzo chciałam nie spać nigdy.

Świtało godzinami. Ranek nie nadchodził, nie wstawaliśmy więc wcale. Pościel pachniała jutrem. Próbowaliśmy oglądać Wielkie Filmy, w których ludzie chodzili po ciasnych uliczkach i gubili się w sobie. Szeptał mi na ucho, że napiszemy im przewodnik. Jego usta smakowały kawą i alkoholem. Bałam się, że i my się pogubimy, że teraz świat rozhuśta nas i wcale nam nie będzie do śmiechu, ale nie mówiłam nic patrząc jak brudny, szary deszcz spływa po szybach. On też milkł i odgarniał z czoła włosy, tak jak odgania się złe myśli. Ze zmarszczonymi brwiami patrzyliśmy na puste półki lodówki.

Błyskało kiedy gramoliliśmy się do wanny, zmęczeni szukaniem nas w tekstach piosenek, dziwnie pasujących do naszego uścisku. Świece miały zadośćuczynić romantycznej wizji uczuć, więc zapalaliśmy je, bo od dzieciństwa jedliśmy cudze marzenia, choć pięknie było i bez tego. Na jego twarzy naliczyłam miliony zmarszczek po dawnych strachach, ginęły kiedy pijaną ręką myłam jego czoło, tłumacząc sobie, że nie ma się czego bać. Dotykał moich stóp i piersi kiedy wiatr trzaskał oknami i przewracał kartki nie przeczytanych książek. Ktoś na równiku umierał z głodu, mądrzy ludzie odkrywali galaktyki i neurony, zaradni wybierali buty na zimę a my nadal plątaliśmy się w sobie jak dzieci.

Dzień był potworny a my niewyspani potykaliśmy się idąc do sklepu, w którym pani sprzedawczyni poprosiła go o pomoc patrząc na jego pośladki. Odkręcaliśmy butelkę mówiąc w języku biznesu, który okazywał się świetnie służyć wyrażaniu uczuć. Wtulałam się w jego ramię pachnące już znajomo. Przeglądaliśmy się w afiszach teatralnych. I w każdym było coś o nas. Krzywy uśmiech, wielka miłość, albo tylko sweter w takie same paski. Przeglądaliśmy się w afiszach teatralnych a świat złamywał nad nami ręce. Nie umieliśmy żyć inaczej. Nie szukaliśmy celu. Szliśmy ulicami miasta, które wcale nie chciało nas oglądać. Popieprzeńcy, myśleli o nas ludzie. A my chcieliśmy być z afiszy. Tacy niezmienni. I wiecznie tragicznie dumni. Szliśmy trzymając się za ręce, a ludzie uśmiechali się do nas, jak zwykle ludzie uśmiechają się na widok miłości. Ludzie warczeli, ludzie wyli, ludzie ujadali dziko, kiedy kupowaliśmy bułki i kiedy patrzyliśmy na kaczki w parku. A my złościliśmy się tylko trochę i nigdy na siebie.

W dalekim Pekinie cichła wojna, a w Warszawie znów padał deszcz. Zagryzał wódkę mandarynkami a ja wymyślałam hasła do zgadywania. Zielonym długopisem malował mi tatuaże, które odbijały się potem na jego wilgotnym ciele rozciągniętym na drapiącym kocu. W telewizji pani krzyczała na pana i nie rozumieli nic, kiedy spoglądali z ekranu na nas, wpatrzonych w nasze zaciśnięte na sobie dłonie. Powiedziałam mu, że będę zawsze, że jak na zdjęciach nic się nigdy nie zmieni i będę tak obejmować jego udo do końca świata. On uśmiechnął się mądrze i czule, uśmiechem z jakim patrzy matka, gdy ktoś śmieje się z wybryków jej niesfornego dziecka. Zawijałam się w niego jak w kokon, w którym karmił mnie troską i serem. Strzepywałam z jego skroni strach o przyszłość, która chyba była już teraz. Zawijałam jego dłonie w swoje włosy i dotykałam jego pachwin smakujących truskawkową czekoladą, po dwa złote, którą pani sprzedawczyni podawała bez uśmiechu. Kochaliśmy się jak zwierzęta, na które ktoś czyha, jakby za chwilę ktoś miał strzelać do nas, leżących bezbronnie i nago. I jak zwierzęta kryliśmy się pod własnym pragnieniem.

Deszcz ustał na dobre. Przestałam się bać, uspokojona jego dłońmi na swoim karku. Złożyłam parawan między naszymi domami i ustawiłam go w kącie. Oglądaliśmy nasze zdjęcia, rozmazane jakby bały się oddać nas. Zdjęcia, na których byliśmy podwójni, jakby każde chciało być w dwóch osobach. Chciałam mieć go pełne oczy. Szliśmy na spotkanie z ludźmi, a ja ciągle spotykałam w nich jego. Chyba patrzył na mnie z radością, na którą chciałam zasłużyć.

Słońce świeciło na brudną Warszawą, w której zapach psiej kupy mieszał się z zapachem młodych liści. Łapałam się za głowę myśląc jak pięknie urządził się świat a on przytulał mnie jakby bał się, że to migrena. Czytaliśmy menu, albo rozkład jazdy i ciągle słyszałam w naszych głosach melodię. Śpiewałam mu więc fałszując najdawniej poznane piosenki, które nie miały sensu i nie nadawały się na przeboje a on śmiał się przewracając mnie na łóżko. Pięknie oddychał przy moim uchu, kiedy usypiałam spokojnie, wiedząc, że będę śnić o nim. Śniłam, że nie śpię i chciałam się obudzić. Rano opowiadał mi jak zgrzytam zębami przez sen i wiedziałam, że to na pewno przez to walkę. Nie mówiłam nic kuląc się przed dniem.

Kiedy szliśmy nocą ulicami opowiadał mi o pięknie i o bólu. Patrzyłam na nasze stopy równo człapiące po chodniku i wiedziałam, że żadna armia świata nie ma tak doskonale maszerujących żołnierzy, że musimy w końcu dorosnąć i śmiałam się uradowana, że dorastać będziemy tak jak idziemy, razem. Policjanci bacznie patrzyli na nasze miny kiedy mijaliśmy ambasady strzeżone pilniej niż straszne parki pełne zła. Kiedy mijaliśmy ambasady państw gdzie ludzie płakali z głodu patrzyły na nas lśniące buty i groźne karabiny. Tak bardzo przyciskałam wtedy głowę do jego ramienia, że czułam jak w skroniach zaczyna się ból. Śmiał się i podnosił mnie wysoko tak, że znów jadłam chmury.

W dalekim Pekinie ludzie chowali swoich zmarłych i płakali tak bardzo, że drżały małe domki w których mieszkali. W moim domu łzy znikły ze wszystkich słowników. Parzyłam kawę, czekając na niego, nawlekając na sznurek kolejne minuty, kiedy go nie było. Stałam w oknie wypatrując go wśród ludzi na chodniku, z których każdy mógł urodzić się kimś innym. Kiedy przychodził oddychałam nim głęboko i wystawiałam za okno kartkę „nie przeszkadzać”. Zapadałam się w jego słowa, zawąchiwałam się w jego włosach i gładziłam zmęczone ulicą uszy. Rozwinięte już liście zakrywały nas przed światem i oczami ptaków uparcie krążących nad blokiem. Przez otwarte okno małym strumyczkiem do środka sączyła się przedwojenna Warszawa pełna kawiarni i bryczek.

W dalekim Pekinie oschły już łzy najwytrwalszych żałobników, a w Warszawie nawet żebracy uśmiechali się do słońca, kiedy w porwanych spodniach i skarpetkach nie do pary mówił mi, że odchodzi.

środa, lipiec 19, 2006

SŁOIKI

Kiedy Mateusz poznał smutnego P. obaj byli zupełnie zwykłymi chłopakami. Mateusz miał 16 lat i był trochę samotny, a smutny P miał strasznie długie imię i oczywiście był zawsze trochę smutny. Poznali się kiedyś nad rzeką stając w kolejce do skoku z mostu samobójców. Smutny P stał z przodu i tupał nogą a Mateusz drapał się po głowę i zastanawiał, jaką P wystukuje piosenkę. W końcu nie wytrzymał i zapytał. I tak zaczęła się ich wielka przyjaźń, a zamiast do rzeki, skoczyli na piwo.

Od tego dnia spotykali się codziennie. Mateusz pilnował, by P jadł obiady i wychodził na dwór. P nawet był mniej smutny. I na swój sposób kochał za to Mateusza. Ale P nie umiał tego pokazać. Gdyby za pokazywaniu uczuć było oceny, P dostałby dwóję. Ale Mateusz nie przejmował się i dalej dbał o P. Był szczęśliwy, tylko jego matka patrzyła ze strachem jak jej syn, z dnia na dzień, staje się coraz smutniejszy. Ale Mateusz wiedział, że tak być musi. Że nie pomoże ani zupa pomidorowa ani głaskanie mamy. Wiedział, że nie pomoże nawet nowy rower.

Musiał smutnieć, bo karmił P własną radością. Głęboko w głowie, każdy ma słoik radości. I ma on wystarczyć na całe życie. Niektórzy rodzą się z ogromnymi słoikami a inni mają malutkie słoiczki. I nie ma w tym żadnej prawidłowości ani sensu. Mateusz o tym wiedział i myślał, że P ma taki mały słoiczek wielkości naparstka, nie większy. Dlatego do każdego posiłku dorzucał mu trochę swojej radości, dzięki czemu P był już całkiem pogodny. Biedny Mateusz nie wiedział, że sam ma radość wielkości pestki wiśni. Kiedy był już tak smutny, że całymi dniami płakał, dalej nie wiedział, że słoik P jest wielki jak wiadro. Kiedy umierał z żalu i smutku, P rozkładał ręce, lecz nie otwierał swojego słoika, bo w głębi duszy nie lubił Mateusza. Ale Mateusz o tym nie wiedział. A nawet gdyby wiedział, i tak karmiłby go swoją radością. W końcu P był jego przyjacielem.

niedziela, maj 14, 2006

wtedy

bo teraz są matury i dużo się kończy

Wtedy tak śmierdzi asfaltem, że odechciewa nam się lodów, wszystkiego nam się odechciewa, ale umawiamy się, że nie będziemy wtedy mówić o śmierci, że nie będzie wtedy czasu przeszłego. Na pomiętych świadectwach maturalnych stawiamy krzyżyki i kółka, a potem myślimy o regułach gry. Taki właśnie dzień, ten dzień i my, ona i on, ona i ja, ja i on, nie wiemy już, które z nas jest które, kto opowiada tę historię później, a to później też jest teraźniejszością. Jesteśmy tacy głupio grzeczni w swoich czarno-białych strojach, naplułbym na chodnik, ale to nie miałoby sensu. Wtedy. Kończyło się bardzo dużo, a nie mieliśmy nawet czasu przeszłego, nie mieliśmy tej ochoty na lody czy cokolwiek, na bunt jakiś, które może odkręciłby jakoś czas, on mógłby chyba tylko napluć na chodnik, ja nie wiem, za co go kocham wtedy. Gubię się, więc dobrze, że trzymamy się za ręce, że stawiamy równo stopy. Z głośników przemawia miasto latem, huczy spalinami, dudni drogimi alkoholami i zawrotnym tempem, to wszystko przeraża, ona kurczy się wewnętrznie, zbiega się jak jego sweter w praniu, ja nie wiem, czy w takim mieście potrafię ją kochać.

I wtedy on pyta, co robimy. A ona odpowiada, że musi iść na obiad, matka już na pewno się martwi, ciągle się martwi, ze zmartwienia obwiązuje sobie ciało szmatami i stara się być jak najbrzydsza, jej obiady też zaczynają już smakować szmatami. Wtedy on namawia ją, chrzań obiad, chodźmy do mnie, zobaczymy, jak ty smakujesz, jak smakuje koniec szkoły i początek lata, czy dzisiaj miłość będzie śmierdziała asfaltem, czy znów będziesz odwracała wzrok, jesteśmy właśnie dorośli, jesteśmy nareszcie dorośli wtedy, nie płacz. I tak robią wtedy, bo zostało im już tylko lato, ostatnie. Głaszczę go po przydługich włosach, wtulam głowę w jej wystające żebra. Gdyby nie muzyka, nie zauważalibyśmy ciszy między piosenkami. Wkładam mu papierosa w usta, jeszcze tym możemy się niszczyć, tym i wdychaniem asfaltu, i kupowaniem starych płyt, których nie ma na czym słuchać. Straszliwie daleko od stałego lądu, tak się czujemy, to nawet trochę nas rusza, to nawet smutne trochę jest, wtedy.

czwartek, marzec 16, 2006

zepsute telefony, czyli trąbka numer dwa

Co będzie dalej? Nie bardzo wiem.
zapominam swoje życie po kawałku tracę kolejne minuty godziny chyba tracę już dni
Siedzę na krawędzi dachu i karmię gołębie. Wystawiam twarz do jesiennego słońca. Macham nogami. Macham intensywniej, gdy niespodziewanie zbiera mi się na płacz, potem mi przechodzi i macham już spokojniej. A potem znów.
Czasami jest tak zwyczajnie. Czasem. Śpimy albo słuchamy muzyki, jedno i drugie ma w sobie coś z pływania tratwą, nie wiem dlaczego, ale tak właśnie jest. Desperacki rejs ku ocaleniu. Nie pamiętam, co chcę ocalić. Nie pamiętam.
teraz idę ulicą mówię sobie żeby wiedzieć co się dzieje gdzie jestem mówię sobie prawie wszystko skoro wreszcie ze sobą rozmawiam
Idę do kina i w połowie filmu przypominam sobie, że już to widziałam. Całkiem niedawno, może w ubiegłym tygodniu. Pierwsze pięćdziesiąt sześć minut filmu wydawało mi się czymś zupełnie nowym, a potem on mówi, „A cóż to ma za znaczenie?”, jakoś wtedy zrozumiałam, że znam każdą następną kwestię. Dziwne.
Karmię gołębie ciastem, które upiekłam według przepisu, a jednak się nie udało. Przerażającym nadzieniem jest potłuczona szklanka, spadła stłukła się nie wiem dlaczego postanowiłam zapiec ją w cieście drożdżowym, teraz zasypuję okruchami swój dach i płaczę nad gołębiami, jutro obudzą się z poranionymi brzuszkami i ze zdziwienia zapomną, że trzeba oddychać. Mnie się to zdarza.
próbuję zapamiętać cokolwiek odbicie mojej stopy w kałuży brudny kołnierzyk człowieka bez imienia z którym sypiam kolor farby którą wczoraj malowałam syreny kierunkowy do dowolnego miasta cokolwiek
Przerażająca świadomość, że coś zmyślam. Przerażająca.

-Skąd dzwonisz?
- Z budki pod domem. Nie lubię naszego telefonu, warczy na mnie.
................Tęsknię.
- Kochanie, ta budka to błąd. Telefon nie działa, pamiętasz? Jest zepsuty, odkąd tam zamieszkaliśmy.
- Nie jest, przecież dzwonię, jak dobrze słyszeć twój głos. Słuchaj, deszcz pada, słyszysz? Pada odkąd wyjechałeś.
- Nie wyjechałem, ja wciąż tu jestem.
-Tak, wiem. Nie pamiętam, gdzie jestem ja. Opowiem ci ulicę, otóż chodnik popękał, ale teraz nie widać, bo pada, ludzie chodzą patrzą jakby mnie nie widzieli, nie wiem jeszcze, jak się z tym czuję, rozmawiam tylko z panią w kiosku, ona mi daje gazety i papierosy, jest naprawdę dobra, wiesz? A ja czytam gazetę i szukam wiadomości o tobie, zwłaszcza sprawdzam katastrofy na morzu, tak jakoś czuję, że to jest tajne hasło, jak je dobrze odczytam, to porozmawiam z tobą naprawdę, a nie z zepsutego telefonu, teraz widzę, że rzeczywiście jest zepsuty, kabel zawinął mi się wokół stóp, chciałabym namalować ten telefon jako człowieka, zrobię to, zrobię to jutro.
co zdarzyło się między tu a teraz te wszystkie kręte korytarze rzeczywistości zdają się prowadzić do jakiegokolwiek rozwiązania może nie jest to zresztą rozwiązanie raczej utwór muzyczny z kluczem którego nie pamiętam
Mój Boże, mówię w przestrzeń, która nie ma końca, głos nigdy do mnie nie wróci, nigdy nie przypomnę sobie, o czym rozmawialiśmy ani nawet tego, że wcale nie rozmawialiśmy. Może mi się przyśni. Zwijam się w kłębek, zawinięta w kabel od telefonu, tratwa dryfuje frunie prosto na dach, jest pięknie, to też muszę namalować. Śpię z szeroko otwartymi oczami, śpię śniąc nieskończoność, to nieskończoność jest tym utworem muzycznym, którego szukałam, rozbrzmiewa teraz niekończącym się dźwiękiem trąbki.

Krótka lekcja gry na trąbce


Akord 1

-Sam, nalej mi, honey. Tak jak lubię- Betsy płynie przez salę. Aksamitna suknia otula jej ciało. Patrzę z podziwem na jej piękne czarne dłonie i silne nogi, w których najpiękniejsze jest to, że mogę mówić, myśleć o nich „czarne”, że polityczna poprawność ich nie wybieliła. Sam uśmiecha się znad wyprasowanego kołnierzyka. Leje wódkę. Tak jak lubi Betsy. Ona też uśmiecha się i odpala papierosa swoją złotą zapalniczką, którą dostała pewnie od któregoś z wielbicieli. Jak ten biedny głupiec, którego znaleźli martwego. Jak tylu innych. Zaciąga się powoli. Ma duże leniwe usta. Sam kocha ją od kiedy pierwszy raz zobaczył jak pali. Jakby jadła opłatek. Jakby z każdym wdechem ratowała ludzkość od zagłady. Jakby błogosławiła narody. Święta Betsy od odpalanego papierosa. Załóżmy jej kościół- mówię do Sama, bo też ją kocham. Betsy patrzy na mnie przez ramię i wydmuchuje dym. -Zagraj - mówi swoim szarym głosem. – Zaśpiewasz? -pytam w odpowiedzi, myśląc, że dla niej mógłbym grać całą noc. Ale kręci głową sięgając po popielniczkę. Zawsze odmawia. A ja zawsze pytam. Sam wzrusza ramionami i odwraca się do klientów. Betsy siada przy moim stoliku i odprawia swoją mszę bycia Betsy, mszę powolną i smutną jak jej piosenki. Mszę z dymu i wódki.


Akord 2

Zamknij okna a ja zastawię drzwi szafą, bo zjedzą nas faksy, zaduszą kable. Słyszysz, jak groźnie warczy lodówka? Dziurkę od zamka zapchamy watą. Na ścianach rozwiesimy dźwiękoszczelne zdjęcia naszych stóp. Dotknij mojej głowy. Czujesz? Już tam jest. Już jestem zarażony. Uciekaj, albo wyrzuć mnie jak telewizor. Nie, nie możesz zostać, dla Ciebie to nie ma sensu. Skończ z tymi romantycznymi bzdurami. To nie titanic, to Warszawa. Nie dotykaj mnie, dobrze wiesz, że to zaraźliwe. Nie dotykaj, kocham Cię. Wiem. Wiem. I dlatego muszę już iść. I tak już nie ucieknę od niego. Ale ty musisz. Nie możesz tak po prostu mnie trzymać. Operacja? Ty? Nie ma sensu. Za duże ryzyko. Nie płacz. Nie o to chodzi. Dobrze. Weź nóż. Ogolisz mi głowę najpierw. O tak, jeszcze na karku. Nie bój się. To nie może boleć. Nie boli. Krew? To nic. Tnij dalej. Czy ten chrobot to kości już? Czaszka? Jaki ma kolor? Hm... Na biologii kiedyś się zastanawiałem, ale to było dawno, może w piątej klasie. I jednak, miałem rację. Coraz trudniej mi mówić. Ty mów. Aha, no tak. A pamiętasz jak byliśmy... Jak to już? Pokaż. Tak, jest straszny. Na trzy cztery otwieram okno a ty rzucaj. Tylko szybko, zanim wlecą inne. Ufff.

Akord 3

Tramwaj pusty. Światła migoczą za oknem. Warszawa zlewa się w pasmo bruków
i mgieł. Patrzymy na siebie, bo nie mamy wyjścia. Przystanek X, Y, Z. Wyglądasz jakbyś nigdy nie śnił. Ja pewnie wyglądam tak samo. Wymięci. Wyssani. Twoje oczy nie
opowiadają historii. Nie patrzą przenikliwie. W głowie stawiasz pasjansa ze starych
pocztówek. Każde po swojemu płacze nad powstańcami. Tekstura asfaltu. I moje w
dzieciństwie poobijane kolana. Prawdziwy ból. Rocamadour się nie obudzi, chociaż
kompresy zawsze szczypią. Liście już się znudziły wiszeniem. Film o jesieni w Paryżu
dzieje się w Tokio. Oglądaliśmy go ze środkowego rzędu w małym kinie. Śmieszny
bileter uśmiechał się do nas zachęcająco i daliśmy mu wiarę. Słusznie. Jeden z wielu
dobrych wyborów. Bohater marznie w nieskończonej marmurowatości. A gdy się
wypełniły dni....To było pokolenie. A popatrz na nas. Światła samochodów rozmazują się za brudną szybą. Może będzie tęcza. Opowiadała mi o archipelagach szczęśliwych
rysując patykiem kółka na mokrej ziemi. Ciągle pachniało burzą. Witryny. Święta znów
będą nieudane. Mikołaj zapomni adresu. Spali się strucla. Lepiej nie wychodzić z domu i nikogo nie zapraszać. Lepiej będzie dla wszystkich jeśli zgubi się kalendarz. Spóźniony pasażer dosiada się do nas i przez chwilę czekamy na diagnozę. Bezsensownie. Jeszcze nie ochłonął po biegu. Goni go czas. Niebo pochmurne. A może tylko osowiałe. Jak my. Wszak na podobieństwo Boga... Podłą ma twarz i zmęczone nogi. Mój Bóg ma rozpięty płaszcz i stare trampki. Jak jego człowiek.




Akord 4

Wracaj do domu. Nic tam po tobie. Nie patrz już na tę krew. To Cię zmieni i może już nigdy nie będziemy mogli się przytulać. Boję się, że nie będziesz umiał mnie dotykać jak kiedyś. W nocy śnią mi się dzieci bez oczu, niosące transparenty utkane z włosów poległych i lewitujące czołgi. Ty drapiesz się w głowę czyszcząc broń. W dzień muszę rozmawiać z sąsiadami. Na klatce zaczepiła mnie wczoraj pani X, w sklepie pan M. Pytają o Ciebie z minami zafrasowanymi. Czekam, kiedy podarują mi czarne sukienki. Jesień w tym roku jest zimą. Codziennie odgryzam kawałek kalendarza. Żuję go na śniadanie. Pralka się zepsuła od nieużywania. Sofa skrzypi. A ja powoli zapominam o rzeczach. Na naszych zdjęciach twoja twarz poczwarnieje każdego dnia. Moja blednie. Sztuka znów górą. W telewizji mówią o was z za mała dumą spod której wystaje strach. Pani spikerka ma czarne krótkie włosy i duży nos. Dostałam list od Pana Prezydenta i kupon na nagrobek. Jeśli nie wrócisz wyryję na nim „Kłamca”

.